08
Apr 14

Trzy spojrzenia na Pecorino (i okolicę): La Valle del Sole / Tenuta De Angelis

Piękna nazwa posiadłości (nie mylić z podobnie nazywającym się producentem z Toskanii) i całej doliny, nad którą jest położona bierze się stąd, że latem o poranku w dolinę spływają mgły, a gdy słońce wznosi się wyżej, światło niejako gromadzi się w mgle i zdaje się, że dolina sama świeci własnym światłem. Nie udało nam się tego fenomenu zobaczyć, trafiliśmy tam wczesnym wiosennym popołudniem, mgły jak na lekarstwo, wyjąwszy tą, która sprawiała, że odległe szczyty Apeninów były ledwo widoczne na horyzoncie.

Słoneczna dolina słońca

Słoneczna dolina słońca

Trafiłem tam trochę przypadkowo. Wina z La Valle del Sole próbowałem na degustacji i nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Ale skoro jest okazja, żeby wypić je „in situ”, to należy z niej skorzystać. Zaczęliśmy od spaceru po winnicach. To kolejny producent „bio”. Winnice porośnięte trawą są w widocznym kontraście do równo zaoranych winnic konwencjonalnych. To niewielka rodzinna posiadłość (10 hektarów), łącząca produkcję wina z agroturystyką.

Na etykietach wyhaftowane słońce – tradycyjny haft z Offidy

Na etykietach wyhaftowane słońce – tradycyjny haft z Offidy

Winom z Valle Del Sole nie można odmówić własnego stylu. Jest on odmienny od reprezentowanego przez Aurorę, nie mówiąc już o winach z Tenuta De Angelis, o których poniżej. Wina są mocne, mineralne i zdecydowane. Mało kwiatków (poza passeriną), łączek czy kwitnących sadów owocowych. Są wręcz tłuste, z wyraźną goryczką, a jeśli wyczujemy w nich słodycz, to jest to raczej alkohol niż cukier. Passerina 2012 pachnie skórką zielonych winogron, trochę kwiatami, w ustach jest dość neutralna, cytrynowa, w końcówce pojawiają się taniny. Potem spróbowaliśmy dwóch roczników pecorino. Starsze (2011) było lżejsze, nieco szczuplejsze, gdzieś zamajaczyły jakieś stokrotki, ale w 14,5% alkoholu dało popalić. Młodsze (2012), intensywnie żółte, słono-gorzkie, nieco suchawe, mało owocowe – dla amatorów stylu. Jak się dowiedzieliśmy, w 2013 pecorino będzie miało 15% alkoholu. Tutejsze drożdże są więc całkiem sprawne w zamianie cukru w alkohol. Dla mnie takie wina to trudny temat, ale może są zwolennicy? Czerwone wina smakowały mi  bardziej, a może to kwestia tego, że ugoszczono nas przepysznym domowym obiadem, na którym podano typowe dla tego regionu faszerowane mięsem oliwki z Ascoli oraz makaron z pomidorowym sosem – wszystko w wykonaniu córki właściciela. Rosso Piceno Superiore 2011 zawiera niewielką, ale wyczuwalną domieszkę merlota, zaś Offida Rosso 2010 „wzmocnione” jest cabernetem. 15% alkoholu, jak to w czerwonych marchijskich winach.

Firma duża, ale nadal rodzinna

Firma duża, ale nadal rodzinna

Kilometr dalej (ale kilka kilometrów, jeśli chcemy pojechać samochodem) mieści się Tenuta De Angelis. To jeden z tutejszych potentatów. Kilkadziesiąt hektarów winnic, wina eksportowane na cały świat, w tym do Polski. Dostępne są one m.in. w sklepach Carrefour, (kiedyś  także w 101win.pl), strona producenta jest przetłumaczona na polski. Byłem nieco zdziwiony, że pecorino od tego producenta (jednego z nielicznych, których w ogóle kojarzyłem) uznałem za najlepsze podczas degustacji w ciemno.

A więc lądujemy w Tenucie de Angelis. Wina na antypodach stylu win z Aurory czy Valle del Sole. Lekkie, aromatyczne, mineralne, wręcz chrupkie. Żadnego utlenienia, winifikacja w bardzo niskiej temperaturze: świeżość przede wszystkim. Od Falerio 2013 (doskonałe wino na taras, zwłaszcza, że jego cena to 2-3 euro), przez kwiatową, lekko zielonkawą Passserinę, do Pecorino, które tak bardzo podobało mi się dwa dni wcześniej. 14% alkoholu ukryte doskonale pod delikatnym kwiatowym bukietem, w ustach jest i leciutka goryczka i cytrysy, wino jest bardzo owocowe, ale tym razem przeszkadza nieco techniczny styl i nie znajduję wdzięku, który dostrzegałem wcześniej. Oba wina białe butelkowane zaledwie 10 dni wcześniej. W Polsce dostępne w bardzo przystępnych cenach, nieprzekraczających 30 zł.

DSCF3001

Duma producenta

Montepulciano, będące podstawą czerwonych win z Marchii, jest szczepem dość tanicznym. Czy konsumenci to lubią? Niekoniecznie. Tenuta de Angelis stara się więc produkować miększe, gładsze wina. Krótsza maceracja i otrzymujemy Rosso Piceno, czy Rosso Piceno Superiore prawie pozbawione garbnika. To drugie, oznaczone „Oro” jest sporo lepsze, bardzo owocowe i przyjemne w piciu. Trochę więcej tanin pojawia się we flagowym Anghelos 2010. Świetny owoc, beczka wyczuwalna, ale nienachalna, odpowiednia kwasowość. Tutaj wiedzą jak zrobić wina, które odniosą sukces rynkowy.

Winnice De Anghelis i kościół na skale

Winnice De Angelis i kościół na skale

Właściciel zabiera nas jeszcze na przejażdżkę po okolicy. Zwiedzamy XIV wieczny kościół Santa Maria Della Rocca, wzniesiony na skale (cóż, less jest też skałą), górującej nad okolicą. Na przeciwległym, połogim stoku, ciągną się równe rzędy winorośli. To jedna z głównych winnic Tenuty De Angelis. Potem krótka wizyta w samej winnicy i już trzeba się zbierać do hotelu.

W poprzedniej notce pisałem o winach z Aurory, w tej dorzuciłem wrażenia z wizyty u dwóch kolejnych producentów. Czy próbowane wina, nawet jeśli ograniczymy się tylko do „flagowego” pecorino sprowadzić do wspólnego mianownika? Wydaje mi się to trudne. Jeszcze 20 lat temu o pecorino prawie nikt nie słyszał. Producenci z okolic Offidy szukają swojego stylu, każdy idzie w swoją stronę. Kupując butelkę możemy otrzymać prawie „sauvignonowe” pecorino, jakie produkuje De Angelis, rustykalne, ostre, słone i alkoholowe, jakie wytwarza La Valle Delle Sole lub też miękkie, orzechowo-ziołowe, lekko utlenione wino w stylu Aurory. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami lokują się pozostali producenci (warto wspomnieć jeszcze o bardzo dobrym beczkowym pecorino z Podere del Colli – jeszcze zupełnie inny styl produkcji). Jedni różnorodność lubią, innym ona przeszkadza – to już kwestia gustu.


07
Apr 14

Trzy spojrzenia na Pecorino (i okolicę): Aurora

Spędziłem ostatnio trzy dni w Marchii, próbując win produkowanych w okolicy Offidy. Świetnym pomysłem organizatorów było umożliwienie uczestnikom odwiedzin u okolicznych producentów. Żadne degustacje, zwłaszcza te w tłumie i na stojąco, nie zastąpią wizyty w winnicy, a potem spokojnej rozmowy z winiarzami przy stole.

Azienda Agrobiologica Aurora – nazwę tę zaznaczyłem jako pierwszą na liście winiarni, które chcę odwiedzić. W czasie degustacji pecorino wino z Aurory (choć jeszcze nie wiedziałem, skąd pochodzi – degustowaliśmy w ciemno), zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jakością, ale też odmiennością, jakby było winem z zupełnie innej planety. Następnego dnia, przy degustacji stolikowej, chciałem porozmawiać z jego twórcami. Niestety stolik (jako jedyny) świecił pustkami. Nikt się nie pojawił do końca dnia. Za to inni winiarze pytani o Aurorę wyrażali się o niej z dużym respektem.

Federico z Aurory na tle winnic

Federico z Aurory na tle winnic

Następnego dnia odwiedziliśmy Aurorę. Naszym przewodnikiem jest Federico, jeden z pięciu założycieli tej winiarni. Przyjmuje nas dobrze, ale nie jest specjalnie wylewny, uśmiecha się pod wąsem, jakby myślami był trochę gdzie indziej. Czujemy, że być może odrywamy go od pilniejszych spraw. Tłumaczy, że na degustację do Offidy nikt nie się nie wybrał, bo właśnie butelkowali wino.

Atmosfera jest jednak zrelaksowana. W aziendzie pełno gości: prowadzona jest tu także działalność agroturystyczna. Ktoś czyta leżąc na kocu, mała grupka relaksuje się grając w boule. Na ścianie budynku od strony podwórka wisi tabliczka „Piazza della Liberta”.

IMG_4920

Plac Wolności

Aurora powstała w 1979, gdy grupa pięciu przyjaciół postanowiła rzucić miejskie kariery i przenieść się na wieś. Od początku postawiono na produkcję organiczną, pierwsze wina powstały w 1985 roku. Poza winicami (10h) uprawiane są także oliwki i warzywa, hoduje się pszczoły. Od trzech lat produkcja jest biodynamiczna, ale jak twierdzi Federico, nie jest to wielka zmiana dla Aurory, gdyż większość zasad związanych z biodynamiką przestrzegana była już wcześniej. Można Aurorę nazywać „spółdzielnią”, ale jest to bardziej wspólnota, czy (nie bójmy się tego słowa) komuna gospodarująca na kawałku marchijskiej ziemii.

Fiobbo z piwniczki

Fiobbo z piwniczki

Siadamy w sali degustacyjnej, która jest zapewne jednocześnie jadalnią. Na ścianach obrazy i plakaty, niektóre o wyraźnie anarchistycznej wymowie. Federico nalewa nam najpierw Falerio 2013 (blend z przewagą trebbiano). Wino zostało zabutelkowane 3 dni wcześniej i jeszcze się nie „odstało”, ale jest ciekawe: intensywne, ziołowe, z kwiatowymi nutami. Potem pecorino Fiobbo z najlepszego zdaniem Federico rocznika 2010. Przepiękne wino, przywodzące na myśl friulijskie wina pomarańczowe (choć nie ma pomarańczowego koloru, nie było też długo macerowane na skórkach). Gęste, lekko taniczne, „ziemiste”, pachnące suszonymi owocami. Pytam o winifikację. Federico mówi, że w Aurorze wina nie są pozbawione kontrolowanego dostępu do tlenu. „Tlen to życie” – dodaje. Fermentacja w drewnie, w temperaturze kontrolowanej, ale jest to temperatura nie spadająca poniżej 18 stopni. Wino nie jest już do kupienia, nawet u producenta. Rocznik 2012 próbowany na degustacji także jest świetny, ale nie aż tak dobry jak 2010. O to wino spieraliśmy się sporo z młodym niemieckim blogerem. „Pecorino nie powinno tak smakować!” – dowodził. Próbowałem jakoś go przekonać, żeby zamknął na chwilę oczy i skupił się na tym, jak to wino smakuje, a nie jak się nazywa, ale chyba się nie udało.

Potem próbujemy kolejnego wina z wyjątkowego rocznika: dla win czerwonych jest nim wg Federico rok 2007. Rosso Piceno Superiore (60% montepulciano, 40% sangiovese) to kolejne niesamowite wino z Aurory. Dojrzałe maliny z lekkim aromatem wanilii w zapachu, a w ustach dwie warstwy. Pierwsza to niesamowicie intensywne, wręcz nadintensywne, ciemne owoce (jeżyny?). Druga to równie intensywne taniny pod spodem. Pomiędzy: przestrzeń, pustka, w której „rozgrywa” się to wino. 30 dni maceracji na skórkach, pełne odszypułkowanie. Jest dość radykalne, ale pije się świetnie, choć raczej do jedzenia. Dla porównania to samo wino, ale z rocznika 2011 (70% montepulciano, 30% sangiovese). Krótsza maceracja, trochę zielonych nut w nosie. Dziwnie nieułożone, może też było butelkowane przed chwilą.

IMG_4932

Na etykietach win z Aurory sceny z lokalnych legend

Barricadero 2011, piliśmy je już na degustacji. Wino, które jak wydawać by się mogło, idzie w poprzek filozofii Aurory. Małe beczki, w różnych proporcjach nowych do starych (ostatnio mniej nowych). Jak dla mnie trochę za dużo wanilii, ale może się podobać i podoba się: wino to zdobywa wiele nagród i jest chyba flagowym winem posiadłości, a także ulubionym winem Federico. Próbujemy docisnąć, skąd taka stylistyka, ale Federico wykręca się od odpowiedzi. I na koniec, na „deser” wino IGT z odmiany morettone, znanej pod bardziej popularną nazwą ciliegiolo. Lekkie, ładnie płynie, dobrze się pije, mało taniczne, trochę przypominające barberę. Warto wspomnieć, że wcześniej pokazano nam „szkółkę”, gdzie w rządkach obok siebie rosną różne odmiany winorośli, od wspomnianej barbery do marselan.

Kupuję butelkę pecorino (€8, o ile dobrze pamiętam) i Federico odwozi nas do hotelu. Żegna się mocnym uściskiem dłoni, a ja mam wrażenie, że opuszczam miejsce, którego tajemniczej atmosfery nie udało mi się do końca zgłębić.


25
Nov 13

Filmy o ambitnych i aspirujących

Czerwona obsesja” i „Somm”. Co łączy te dwa filmy o winie, pokazywane na festiwalu Food Film Fest 2013, poświęcone – zdawałoby się – zupełnie różnym tematom?

IMG_4509-kopia

Czerwona obsesja” to dobrze nakręcony dokument o nowym zjawisku, jakim jest gigantyczny wzrost popytu na klasyfikowane wina z Bordeaux w Chinach i o konsekwencjach tego zjawiska. Film jest dopracowany w warstwie wizualnej, kamera przenosi się z pól nad Żyrondą (malownicze chateaux, koń orzący glebę, rzędy winorośli kołyszące się na wietrze) do Chin (drapacze chmur, neony, tłumy, ludzie uprawiający tai-chi na ulicach), po drodze odwiedzamy też Paryż i Londyn. Padają opinie z różnych stron, film jest dość wyważony w swojej wymowie, aczkolwiek – pewnie by uprościć temat w oczach widzów – nie pojawia w nim ani razu nazwa innego regionu winiarskiego niż Bordeaux (poza Chinami). Tymczasem rzeczywistość jest trochę bardziej złożona. Wychodząc z filmu widz może odnieść wrażenie, że w jakiejś obiektywnej skali wina z Bordeaux są najwybitniejsze na świecie i że zawsze takie były, ba, że wręcz są – za sprawą Chińczyków właśnie – właściwie poza skalą. Padają tam wprawdzie słowa o mistrzowskim marketingu, ale cały film kończy się refleksją: Bordeaux teraz być może czekają gorsze czasy, bo wywindowane w kosmos ceny zaczynają spadać, ale ten dzielny region na pewno wydźwignie się z upadku. Zapominamy w tym momencie, że istota tego upadku jest taka, że wino sprzedawane za 1000 euro za butelkę, będzie trzeba sprzedawać za 700. Trudno w tej sytuacji o współczucie. Tym niemniej film jest naprawdę dobrze wyprodukowany i ma spory walor edukacyjny.

Czy współczucie budzą we mnie bohaterowie „Somm”, którzy masowo odpadają z arcytrudnego egzaminu Master Sommelier? Nie bardzo. Film jest też dokumentem, zrealizowanym o wiele gorzej niż „Czerwona obsesja”, choć autor miał przecież znacznie łatwiejsze zadanie. Nakręcić film o czterech facetach próbujących spełnić swoje życiowe marzenie jest łatwiej niż nakręcić film o wzroście cen win z Bordeaux. Niestety, reżyser radzi sobie z tym słabo. Bohaterowie opisują wina rzucając setki określeń na minutę, kręcą z kieliszkami tak, że boimy się o stan ich nadgarstków, plują winem gdzie popadnie. Są niewątpliwie ambitni, poświęcają się (i swoich najbliższych) zdobyciu wymarzonych literek przy nazwisku. Widzimy więc sportowców, zaglądamy do ich „szatni”. Trenują, trenują, trenują. Czasem się posprzeczają, ale ogólnie wspierają się i podtrzymują na duchu. Zaprzyjaźniają się. W końcu dochodzi do wielkiego meczu. I tu pojawia się pierwszy problem tego filmu, bowiem sam moment „wielkiego finału” nie jest w ogóle filmowany . Gorzej, że widz tego wcale nie żałuje, bo wie, co się tam dzieje: nic czego by nie widział wcześniej. Każdy z bohaterów obejrzy wino, zakręci kieliszkiem, powącha je, weźmie do ust, splunie i wystrzeli z siebie serię mniej lub bardziej ezoterycznych określeń. Trafi lub nie. Film nie bardzo jest w stanie przeniknąć głębiej, także za sprawą nieco tandetnych pomysłów realizacyjnych (pękające kieliszki, cóż za głęboka metafora!)

Po pewnym czasie zaczynamy rozróżniać bohaterów Somm. Nadambitny wśród nadambitnych Ian Cauble, godzinami rysujący mapy regionów winiarskich, pouczający innych (koledzy nadali mu przezwisko „Dad”), okazuje się najbardziej wyrazistym i chyba, w gruncie rzeczy najbardziej z nim sympatyzujemy. Zdradzę finał: odpada. Ale rok później: zdaje. Takie to emocje. I co dalej? Przez cały film bohaterowie opowiadają o tym, jak to będzie wspaniale już zdać (nawet jeśli wynik będzie negatywny) i mieć to za sobą. Gdy dwóm z nich się to udaje, trzeciemu zaś udaje się po roku (czwarty od początku był gdzieś z boku, jakby na doczepkę, chyba w imię politycznej poprawności), film nagle się kończy. Nie wiadomo, co stało się z przyjaźnią bohaterów, mamy powody do podejrzeń, że połączyło ich głównie wspólne kucie do egzaminu. Czy ich kariery nabierają jakiegoś szczególnego, nowego wymiaru? Jeden z nich faktycznie awansuje i zostaje sommelierem w jednej z najlepszych restauracji w Nowym Jorku. Drugi zaczyna sam produkować wino w Kalifornii, do czego dyplom Master Sommelier konieczny raczej nie jest. Ian Cauble zaś zostaje… ambasadorem marki Krug na USA. Czy do piastowania tego stanowiska potrzeba przeogromnej wiedzy, jaką zdobywa się w czasie nauki? Niezwykłych umiejętności degustacyjnych?

Nie. Wydaje się, że ostatecznie, jest to film o podporządkowaniu się. O podporządkowaniu się hierarchii, podporządkowaniu się marce „Master Sommelier”. Czyli o tym samym, o czym jest „Czerwona obsesja”. Oba filmy opowiadają o szczytach hierarchii. O tym jak te szczyty hierarchii są kreowane na wznoszące się niebotycznie wyżej od całej reszty. Przyjmując optykę cen, można dojść do wniosku, że najlepsze bordeaux nie tylko jest lepsze od najlepszego barolo. Jest wręcz 10x lepsze! A najlepszy sommelier nie jest tylko lepiej wykształcony od „zwykłego” fachowca w tej dziedzinie. Jest wykształcony dziesięć razy bardziej. Ale czy jako pracownik faktycznie jest dziesięć raz lepszy niż sommelier, który obudzony o pierwszej w nocy nie wyrecytuje z zamkniętymi oczami dziesięciu szczepów autochtonicznych dla Bułgarii (Bułgaria pojawia się dwukrotnie w filmie jako przykład niezwykłej egzotyki)? Jest lepszy głównie w takim sensie, że pracodawca wie, że zatrudnia osobę obsesyjnie zaangażowaną w to co robi i dającą sobie narzucić ekstremalne wymagania. Jeśli ktoś przeszedł przez piekło Master Sommelier, można na nim polegać na każdym innym froncie.

To filmy o świecie zastygłym. W którym Lafite smakuje zawsze jak Lafite, a Master Sommelier rozpoznaje go bez mrugnięcia okiem. Mam wrażenie, że ten świat prostych hierarchii powoli się kończy. Chiny przeszły przyspieszoną edukację, na początku XXI wieku podporządkowały się na moment hierarchii opracowanej jeszcze za Napoleona. Oglądamy supernowoczesne chińskie miasta, ale mentalnie jest to kraj w sporej części dziewiętnastowieczny. Czas jest tam skompresowany. Szybkie fortuny, drapieżny kapitalizm, niezwykłe możliwości awansu społecznego (dla nielicznych), zachłyśniecie się technologiami. Brzmi jak XXI wieczne Chiny? Równie dobrze opis ten pasuje do Europy drugiej połowy XIX wieku, czasu, gdy ukształtowało się współczesne Bordeaux. Bordeaux to widocznie wino na takie właśnie czasy. Wino dla ambitnych i aspirujących.

Przedstawiają te filmy światy odległe od moich marzeń. Nie śni mi się w nocy, że budzę się rano i jestem w bordoskim chateau, region ten nie jest chyba nawet w pierwszej piątce winiarskich miejsc, które chciałbym odwiedzić. Faktem jest, że nie próbowałem Lafite’a, ale też nie jest to moje marzenie. Podobnie nie mam ambicji wkucia na blachę całej dostępnej wiedzy o świecie wina, choć jakieś tam ambicje poznawcze mam. Rozpoznawanie win w ciemno wydaje mi się fajną zabawą. I niczym więcej niż fajną zabawą. Ale w końcu rolą kina jest przenoszenie nas w światy na codzień niedostępne. Odwiedziłem dwa takie światy dzięki „Somm” i „Czerwonej obsesji”. I wróciłem. Z pewną ulgą.


29
Oct 13

Enofaza ogarnia Warszawę – Knajpa roku 2013

Zbliża się moment przyznania nagród „Knajpa roku 2013”. Ja do wszelkich konkursów – w tym do tego, w którym sam biorę udział – dystans mam ogromny. Powstające w ich wyniku hierarchie traktuję jako zło konieczne, jedyny sens istnienia hierarchii widzę w tym, iż to dobry punkt odniesienia do tego, by je kontestować. Konkurs „Knajpa roku” powodów, by kontestować wyniki a prori dostarcza sporo, a pierwszym i najważniejszym jest sam wybór finalistów. Pięć lokali zostało wybranych zupełnie arbitralnie przez Macieja Nowaka, a reszta równie arbitralnie odrzucona. O Nolicie Nowak nie pisał, Winosfera za droga, reszta pominięta milczeniem. Niby eksplozja rynku restauracyjnego, a do finałowej piątki trafiają lokale, które – nie przeczę, oferują dobrą kuchnię – ale powstały ładnych kilka lat temu i chyba nie odnotowały jakiejś znaczącej zmiany w roku 2013. Oczywiście każdy ma prawo przyznawać nagrody jak sobie chce i wyobrażam sobie na przykład konkurs, w którym biorą wyłącznie restauracje typu „baj” (z by” w nazwie – jest ich wystarczająca liczba, by stworzyć dla nich odrębny konkurs), problem w tym, że potem wyniki idą w świat nie jako wyniki konkursu „by Nowak”, ale jako obiektywne odzwierciedlenie tego co się w kulinarnej Warszawie dzieje.

Winiarnia roku?

Winiarnia roku? Gdyby wybór ograniczyć do finałowej piątki… chyba tak!

Tym niemniej, analizując zarówno skład finałowej piątki, jak i pretendentów do niej jakiś trend można wyłapać. I chcąc zabrzmieć nieco kontrowersyjnie (a nie być kontrowersyjnym to gorzej niż milczeć), trendem tym jest enofaza. Czyli wino w restauracjach.

Proszę zwrócić uwagę: w finałowej piątce mamy trzy lokale, które albo są winebarami (Superiore, Jung und Lecker) albo przynajmniej w nazwie mają wino (Why Thai Wine & Food). Dwa pozostałe serwują kuchnię włoską i wino w nich również ogrywa sporą rolę. Na listę nie dostały się Nolita (świetna karta win) i Winosfera (znowu wino w nazwie!) Czyli jednak nie hamburgery stanowią wspólny mianownik warszawskiej gastronomii? Jednak wino? Trochę ulga!

Jak to tak naprawdę jest z tym winem w nominowanych restauracjach? Przejrzałem karty win i trochę sobie pokrytykowałem.

  • Mąka i Woda: Sporo win włoskich, ale wybór wydaje się dość przypadkowy. Pozycje pokrywają się (pinot grigio), nie reprezentują regionów, z których pochodzi pizza. Jeśli już przywieziono oryginalny piec do pizzy neapolitańskiej, to i paletę wina z tych okolic by się przywieźć dało. Równie chaotycznie wybrane wydają się wina spoza Włoch (chardonnay z Katalonii?). Najlepsze pizza w Warszawie, fantastyczne desery – zasługują na równie przemyślany wybór win. Plusem są przystępne ceny i możliwość zamówienia wszystkich win na kieliszki.
  • Mamma Marietta Ristorante Italiano. Wyłącznie włoskie wina, wybór ciekawszy i bardziej różnorodny niż w Mące i Wodzie, choć niepowołanie do reprezentacji Italii żadnego zawodnika z Piemontu zalatuje południowym szowinizmem – no chyba, że ma być to kuchnia sycylijska, wówczas brakuje tam właśnie szerszego wyboru win z tej wyspy. Mało win na kieliszki, wina na butelki okrutnie drogie. Wszystkie kosztują powyżej 100 zł (chyba, że wina dostępne na kieliszki mają przystępniejsze ceny całych butelek, bo w karcie ich nie ma)
  • Jung & Lecker: Wina niemieckie, ale jakby z drugiego szeregu. Kibicuję, bo to wina bliskie mojemu sercu, ale nie muszę pić niemieckiego sauvingon blanc, potrafię żyć bez dornfeldera, istnienie białego caberneta odnotowuję w rubryce ciekawostki, doceniam postępy w Palatynacie, ale napiłbym się w J&L czegoś mniej hipsterskiego. Na przykład mozelskiego czy reńskiego rieslinga od znanego producenta. Ba, wybrałbym chętnie spośród kilku skoro już jestem w jedynej warszawskiej winiarni wyspecjalizowanej w winach z Niemiec! Plusy: wina słodkie, dużo win na różnej pojemności kieliszki, przystępne ceny.
  • Superiore: Bardzo duży wybór wina w różnych cenach, prawdziwy winebar z akcentem i na wino i na jedzenie. Jest tanio (od 40 zł), choć są i poważne wina w poważnych cenach. Pod względem wina – knajpa roku by Enofaza.
  • WHY THAI food&wine Też wino w nazwie, karta win oparta o ofertę Mielżyńskiego, całkiem, całkiem. Dorzuciłbym więcej białych, może chenin, może jeszcze rieslinga (australijskiego?) kosztem kilku czerwonych, które są tu nadreprezentowane – są tu zaledwie ze 2-3 dania, do których piłbym czerwone wino. Ceny znośne, restauracyjne, nie „winebarowe”. Nie byłem jeszcze, ale widzę, że miałbym czym curry popić.

Ponarzekałem, a przecież powinienem się cieszyć i wbrew pozorom cieszę się.  Coraz więcej o winie się mówi, coraz głośniej jest o sommelierach. Co ważniejsze, widzę, że wino w restauracjach coraz częściej się zamawia i pije. Widok odkorkowanej butelki na stole jest czymś normalnym. Enofaza naprawdę zaczęła się z gastrofazą splatać i zdobywać stolicę. Mam nadzieję, że oba te nurty będą potrafiły współistnieć ze sobą, że wino nie zostanie przez jedzenie zdominowane, nie zostanie sprowadzone jedynie do aspiracyjnego elementu w nazwie.

Gala za dwie godziny… ciekawe kto wygra? I jakie będzie wino?


28
Oct 13

Żebrogłosek

1600_Cat_20From_20Shrek_original-1

Wystarczy kliknąć na kotka, a potem nacisnąć „Wyślij”, żeby zafundować mi kieliszek szampana i gigantyczną porcję tremy na Gali Magazynu Wino 2013. Klikniecie? A jeśli kotek popsuł się i nie działa, to wyślijcie maila z 3 w temacie na blogroku@magazynwino.pl.


19
Oct 13

Mozela (część siódma – Immich-Batterieberg: wystrzałowe pożegnanie!)

Nadszedł poniedziałek, trzeba było się z Mozelą pożegnać. W drodze na lotnisko miałem zaplanowane odwiedziny w winiarni Immich-Batterieberg. Dlaczego właśnie tam? Cóż, jak zazwyczaj nie kupuję wina dla etykiet, tak kiedyś zrobiłem wyjątek i kupiłem jedną butelkę podstawowego wina od tego producenta. A zrobiłem wyjątek, bo tak doskonałego połączenia oldskulowego art-deco z nowoczesnym designem jeszcze nie widziałem.

Każdego roku rocznik nadrukowany jest innym kolorem, który ma odzwierciedlać charakter rocznika

Każdego roku rocznik nadrukowany jest innym kolorem, który ma odzwierciedlać charakter rocznika

Nie chcę się tu o etykietach rozpisywać za bardzo, ale można powiedzieć, że jest kilka dominujących tendencji. Jedni zostają przy tradycyjnych herbach, krzewach winorośli i mozelskich landszaftach, inni zrywają całkiem z przeszłością i projektują coś wyglądającego zupełnie współcześnie, jeszcze inni, jak to się sztampowo określa „łączą tradycję z nowoczesnością” – na ogół jednak tak, żeby nie było widać szwów. Immich Batterieberg podchodzi do tego inaczej. Cała identyfikacja wizualna jest oparta na kontraście pomiędzy staroświeckim obrazkiem z amorkami, a nowoczesną typografią, oraz trzech „ikonach”: armaty, aniołka i monogramie Carla Augusta Immicha, który niegdyś zasłużył się dla posiadłości.

Każdy szczegół jest tu dopracowany.

Każdy szczegół jest tu dopracowany.

Immich-Batterieberg to przykład winnicy wdzierającej się do czołówki w tempie błyskawicznym. Był to dość znany producent, dysponujący dobrymi parcelami, który jednak stopniowo podupadał, aż zbankrutował całkiem. Całą posiadłość przejął bank i wystawił na licytację. Nowy właściciel, który przejął winiarnie od banku otworzył nowy rozdział w jej historii. Jego symbolem było właśnie zaprojektowanie nowych etykiet. Ale w praktyce ważniejsze było oczywiście zainwestowanie sporych pieniędzy i zatrudnienie zdolnego enologa, Gernota Kollmanna, który pracował wcześniej m.in. u van Volxema i Knebla. Wystarczyły 4 lata, by Immich-Batterieberg wrócił do mozelskiej ekstraklasy.

Jadąc do Enkirch na spotkanie z Gernotem mijałem po drodze strome, szerokie wzgórze porośnięte winoroślą. To Batterieberg. Zbocze to przystosowywano do uprawy za pomocą ładunków wybuchowych. Miejscowa ludność kojarzyła huk wybuchów z hukiem wystrzałów baterii artyleryjskich i tak narodziła się nazwa parceli, która jest wyłączną własnością (monopolem) tego producenta. Do nazwy nawiązują też aniołki na etykiecie. W hołdzie Carlowi Augustowi Immichowi, który podjął decyzję o „zdemolowaniu” zbocza i założeniu tam winnicy, podstawowe wino nazwano C.A.I. To właśnie to wino kupiłem, spróbowałem i od razu postanowiłem, że koniecznie muszę odwiedzić producenta.

Na beczkach ten sam motyw.

Na beczkach ten sam motyw.

Dotarłem na miejsce (Enkirch było równie urocze jak inne nadmozelskie miasteczka). Gernot Kollman otworzył mi drzwi i poprowadził do piwinic, opowiadając o technice swojej pracy. Winifikacja odbywa się częściowo w stali, a częściowo w niedużych beczkach (barriques). Wina dość długo dojrzewają na osadzie (używane są wyłącznie naturalne drożdże), nie są oczywiście szaptalizowane, nie ma mowy o odkwaszaniu, dodawaniu enzymów i innych manipulacjach.

Specjalnością producenta są wina wytrawne lub „smakujące jak wytrawne”, pochodzące z 5 hektarów własnych upraw i z 7 hektarów należących do innych plantatorów (skupowane grona trafiają do podstawowego wina C.A.I.). Jest tu coś ze stylu Van Volxema, ale przeniesionego w nieco inne terroir. W ofercie nie ma słabych punktów, bo już C.A.I. Riesling 2012, jest po prostu świetnie skonstruowanym winen. 14 gramów cukru zupełnie ukryte jest pod dobrą kwasowością, wino jest bardzo czyste i sprawia dużą radość (producent ma na to jedno słowo: Trinkfreude). Im dalej tym ciekawiej: Escheburg Riesling 2012, to cuveé wyłącznie z winnic otaczających Enkirch. Rasowe, wytrawne, mineralne wino, z posmakiem grepfruta. Super.

Doskonałe wina z pojedynczych parceli

Doskonałe wina z pojedynczych parceli

A potem cztery wina z pojedynczych parcel, z krzewów o średnim wieku 60 lat, klasy Grosses Gewachs (choć nie jest używane to określenie). Wszystkie z bardzo mocno zaznaczoną mineralną nutą. Potrzebują troche czasu (piłem głównie rocznik 2012), ale już widać, jak doskonałą robotę wykonuje tu Gernot Kollman. Nie ma ich w Polsce, ale gdybyście mieli kiedyś okazję wybierać, to ja mi najbardziej smakował na tym etapie Ellengrub Riesling 2012, wino „kobiece” jak twierdzi Gernot, wytrawne, a przy tym aksamitne, spływające jak jedwab. Ale i nieco morski w charakterze Steffensberg Riesling 2011 nie odstaje od niego daleko, Batterieberg Riesling 2012 jest winem słodszym i „szerszym”, zaś Zeppwingert Riesling 2012 z ponad 100 letnich krzewów to fantastyczny kwiatowy bukiet, świetnie zbalansowany mineralnością i kwasem cukier, wino, którego napiłbym się chętnie za 10 albo i 20 lat.

Kartony czekają na importera.

Kartony czekają na importera.

Wina z Immich-Batterieberg to świetny produkt. Zarówno jeśli chodzi o zawartość butelki, jak i opakowanie. Widać, że producent ten dba o atrakcyjność i przejrzystość oferty. Nie rozdrabnia się na kilkanaście etykiet, produkuje jedno wino podstawowe, jedno wino z wyższej półki i cztery wina dla koneserów (pomijam spätburgundera i musującego rieslinga). Nie używa też tasiemcowych nazw, które podobno odstraszają konsumentów. Na miejscu naszych importerów, zwłaszcza sprzedających w detalu, pomyślałbym o sprowadzaniu tych win do Polski, choć nie są to wina tanie (C.A.I. €9,50, Escheburg: €14,50, wina z pojedynczych parceli €22-26).

Weiser-Künstler: młody, bardzo już znany producent z Traben-Trarbach. Zapukam do niego za rok.

Weiser-Künstler: młody, bardzo już znany producent z Traben-Trarbach. Zapukam do niego na wiosnę.

I to już ostatni winny akcent mojego wypadu. Pojechałem jeszcze do Traben-Trarbach, przeszedłem się po miasteczku, a potem drogą wijącą się serpentynami udałem się na lotnisko Hahn. Nie przywiozłem ani jednej butelki wina, przywiozłem za to mnóstwo wrażeń i silne pragnienie powrotu nad Mozelę. Może na wiosnę?


18
Oct 13

Mozela (cześć szósta: Hofgut Falkenstein – „Mamy też czerwone wino”)

„Mamy też czerwone wino” oznajmiła kelnerka w restauracji, gdy zamówiłem rumpsteak w pierwszej mijanej po drodze restauracji. Faktycznie, pasowałoby lepiej do lekko krwistego mięsa (nawiasem mówiąc: to nie jest kraj dla wegetarian) niż woda mineralna, ale niestety, nie mogłem go zamówić, przede mną była dość długa droga, na której pierwszy przystanek stanowił Hofgut Falkenstein.

Hofgut Falkenstein w słońcu

Hofgut Falkenstein w słońcu

Jeśli o Zillikenie słyszał lub słyszeć powinien każdy zainteresowany winami niemieckimi, to Hofgut Falkenstein nie jest zbyt znaną winiarnią. Ja dowiedziałęm się o niej z doskonałej strony Larsa Carlberga (większość treści – opartych na skrupulatnym researchu – jest na niej płatna). Google nie znał nawet adresu pod którym mieści się winiarnia, ale gdy zadzwoniłem do Johannesa Webera, syna właściela, który zaprosił mnie na degustację, usłyszałem „Widzisz ten budynek na wzgórzu z wieżyczką?” i wszystko było jasne. Trudno było nie zauważyć pięknego starego domu, górującego nad okolicą.

Johannes Weber objaśnia zasady prowadzenia winnicy

Johannes Weber objaśnia zasady prowadzenia winnicy

Johannes Weber to przestawiciel nowego pokolenia niemieckich winiarzy. Wybierającego zawód świadomie, a nie tylko dlatego, że przyszło mu urodzić się w winiarskiego rodzinie. Wykształconego, znającego świat, a jednocześnie szanującego tradycję. Pochodzącego do produkcji wina z ogromnym entuzjazmem.

Najpierw odwiedziliśmy winnicę. Weberowie dysponują łacznie 7,5 hektara winnic w okolicach Niedermening – wioski, która administracyjnie stanowi część miasteczka Könz. Sama posiadłość stanowiła niegdyś własność trewirskiego gimnazjum (które nadal posiada własne winnice). Ale produkcja wina nie przynosiła oczekiwanych zysków, posiadłość podupadła i tak trafiła w ręce rodziny Weberów. Uprawia się tu głównie rieslinga, ale sadzony jest także pinot noir. Obowiązuje podejście polegające na minimalnej interwencji. Winnice porośnięte są trawą, uprawa byłaby całkiem organiczna, gdyby nie fakt, że Weberowie uważają, że opryski związkami miedzi (które to związki odkładają się w glebie) są bardziej szkodliwe niż inne, niedopuszczone w uprawie organicznej, związki chemiczne o działaniu pleśniobójczym.

Tablica upamiętniająca czasy, gdy szkoły prowadziły własne winnice.

Tablica upamiętniająca czasy, gdy szkoły prowadziły własne winnice.

Podobnie tradycyjna jest winifikacja. Przebiega ona w 100% w starych, czasem bardzo starych beczkach. Nic nie jest dodawane do wina, które fermentuje na własnych drożdżach. Fermentacja zaczyna się spontanicznie i podobnie spontanicznie się zatrzymuje. Siarka używana jest bardzo oszczędnie. Nawet etykiety są bardzo tradycyjne i ekstremalnie mało krzykliwe, zawierające oznaczenia stopnia dojrzałości winogron, nawet gdy wino jest wytrawne. Wina są butelkowane, korkowane i zaopatrywane w etykiety ręcznie.

Świeczniki nie są już używane

Świeczniki nie są już używane

Zwiedziliśmy piwnicę, w której obecnie, jak większości nadmozelskich piwnic, odbywa się proces czyszczenia beczek. Beczki mają zalewie dwa niewielkie otwory, cały proces przeprowadzany jest bez ich rozbierania. Traktowane naprzemiennie wodą zimną i gorącą beczki czyszczą się same (choć trzeba im w tym pomóc, kołysząc nimi), a efektem są gigantyczne kryształy kamienia winnego, odpadające z ich ścianek.

Ręcznie naklejane etykiety

Ręcznie naklejane etykiety

Degustacja była dość krótka (4 etykiety). Wiele win pochodzących z ostanich roczników zostało już sprzedanych. Hofgut Falkenstein ma wielu stałych odbiorców, grono osób prywatnych, które co roku zamawiają po kilka skrzynek z tego wina. Ale – także dzięki wysiłkom Larsa Carlberga – wina te zaczynają być eksportowane, również do USA. To bardzo tradycyjne, mocnokwasowe rieslingi. W większości win, które piłem do tej pory, oznaczenie „trocken” na etykiecie, mówi, że poziom cukru nie przekracza 9 gram na litr. „Nie przekracza” znaczy na ogół, ze jest go tam 8 czy 8,5 gram. W winach z Falkenstein jest go o 1-2 gramy mniej. Nawet wina oznaczone spätlese czy auslese nie szafują cukrem resztkowym.

Jakie są wina od Weberów? Nie dorównują wyrafinowaniem tym, które produkuje Zilliken, mają za to inne zalety. Przede wszystkim ogromną prostotę i bezpretensjonalność. Pije się je świetnie, są czyste i odświeżające. Niektóre z nich jeszcze lekko musują. To wina na codzień, a nie od świeta, choć Falkensteinter Hofberger Auslese 2012, ze starych krzewów, to już wino przynajmniej na sobotę, jeśli nie na niedzielę. Ceny są nadal względnie niskie (kabinett €6,5, spätlese €7,5, auslese €9).

Plan B dla Mozeli: produkcja  pinot noir.

Plan B dla Mozeli: produkcja pinot noir.

„Mamy też czerwone wino” – powiedział na koniec Johannes. Może (jak to możliwe?) miałem już przesyt rieslingów, ale Spätburgunder Spätlese Trocken Niedermenniger Sonnenberg 2011 był dla mnie najlepszym winem, którego spróbowałem u Weberów. Według Johannesa tradycja produkcji win czerwonych w tym regionie jest całkiem długa, ale to wino powstało na gruncie jego doświedczeń, których nabył w Australii i Nowej Zelandii, gdzie obserwował produkcję tamtejszych pinotów. Przypomina w jakimś sensie najlepsze wina z Beaujolais i to nie tylko dlatego, że przechodzi częściowo macerację węglową, jak wiele win z tego regionu. Jest to wino lekkie, nieco pieprzne, bardziej chodzi w nim o strukturę, niż o owoc, choć i tego mu nie brakuje. No i kosztuje znacznie taniej, niż burgund.

W Trewirze stacjonował rzymski garnizon, a że wojsko pić musi...

W Trewirze stacjonował rzymski garnizon, a że wojsko pić musi…

W drodze powrotnej zachaczyłem o Trewir, chwalący się dumnie byciem najstarszym miasto w Niemczech. Jakiś czas temu obchodzili tam, bagatela, 2000-lecie założenia miasta. Świadectwem najstarszych dziejów miasta jest słynna rzymska brama, Porta Nigra, która, przez wiele lat była kościołem, bazylika Konstantyna (IV wiek), romańska katedra i kilka innych zabytków. Ale ślady Rzymian widać  nie tylko w Trewirze. To przecież właśnie oni zapoczątkowali uprawę winorośli w tym regionie, a Trewir był jej kolebką.


16
Oct 13

Mozela (część piąta: Geltz-Zilliken – motyle w kieliszku)

Lądowałem w Hahn w piątek wczesnym popołudniem, o podobnej porze wracałem w poniedziałek. Dysponowałem więc nad Mozelą dwoma pełnymi dniami i dwoma połówkami dnia. Rozplanowanie degustacji stanowiło więc pewne wyzwanie logistyczne. Plan był taki: dwie „połówki” dnia poświęcić na spotkania z winiarzami, których mam po drodze z/na lotnisko, sobotę spędzić w okolicach Bernkastel, zaś w niedzielę wybrać się dalej, aż za Trewir w dolinę rzeki Saary. Nadeszła właśnie niedziela.

Doskonałe warunki do degustacji

Doskonałe warunki do degustacji

Wina znad Saary kontra wina znad Mozeli: temat do długich rozważań. Zwłaszcza, że same te dwa regiony różnią się od siebie nie tylko wielkością (Mozela jest znacznie większa), ale charakterem. O ile dobre winnice nad Mozelą faktycznie znajdują się tuż nad rzeką, to dolina Saary jest bardzo szeroka, a wpływ rzeki (sporo od Mozeli mniejszej) na często odległe od niej zbocza: raczej znikomy. Mozela to dużo wina i dużo sławnych winnic, ale ta najsłynniejsza (jeśli wyłączymy malutki Berkasteler Doctor): Scharzhofberg – znajduje się w regione Saar. Tu produkuje wina Egon Müller, cesarz niemieckiego winiarstwa, który sprzedaje swoje wina drożej niż wiele sławnych burgundów. On nie odpowiedział na mojego maila z prośbą o możliwość wizyty (czego się raczej spodziewałem), ale i tak nie mam się na co skarżyć.

„Normalnie nie przyjmujemy gości w niedziele, ale...”

„Normalnie nie przyjmujemy gości w niedziele, ale…”

W niedzielne przedpołudnie otworzył dla mnie drzwi swojego domu Hans-Joachim “Hanno” Zilliken z  Forstmeister Geltz-Zilliken. To absolutna czołówka Saary i producent jednych z najlepszych rieslingów, jakie kiedykolwiek piłem.

Winiarnia Zillikena mieści się w Saarburgu (nie mylić ze znacznie większym Saarbrücken), blisko południowej granicy regionu. Budynek jest dość nowy (ostatnio dobudowano fantastycznie zaprojektowaną, nowoczesną salkę degustacyjną), miasto zostało bowiem w znacznym stopniu zniszczone podczas wojny. Zniszczone zostały też zapasy wina. A to właśnie od nich zaczęliśmy zwiedzanie.

Półki biblioteki

Półki biblioteki

„To pomieszczenie nazywam biblioteką” – oznajmił Hanno Zilliken. Znajdowaliśmy się w podziemiach budynku, w pokoju wypełnionym butelkami starego rieslinga. Szyjki butelek porastała gęsta, ciemna piwniczna pleśń, tym bujniejsza im starsza była butelka. „Najbardziej żałuję, że nie mam butelek sprzed wojny” – powiedział. Ale i tak kolekcja była imponująca. Najstarsze wina jakie dostrzegłem, pochodziły z drugiej połowy lat czterdziestych.

Wino stąd nie wyparuje

Wino stąd nie wyparuje

Zeszliśmy do piwnicy, gdzie wino dojrzewa w starych beczkach (stalowe kadzie są używane tylko do mieszania wina). Hanno Ziliken twierdzi, że wilgotność w jego piwnicy wynosi zawsze 100% i dlatego nie ma problemów z parowaniem wody z beczek. Wino może być w nich przetrzymywane bardzo długo. Pytany o technikę winifikacji, mówi, że unika maceracji na skórkach, starając się, by wino było maksymalnie świeże.

Wina pochodzą z dwóch winnic, z których każda ma status Grosse Lage (Zilliken jest bardzo dumny z członkostwa w VDP i oznacza swoje wina zgodnie z najnowszymi wytycznymi tej organizacji): Saarburger Rausch – nazwa pochodzi od kamienistej gleby, nie stanu podchmielenia i Ockfener Bockstein. Większość z 11 hektarów jakimi dysponuje Zilliken znajduje się w pierwszej z tych parceli. Charakterystyczne są bardzo tradycyjne etykiety, na których znajduje się nie jeden, a dwa skomplikowane herby (Geltzów i Zillikenów), ale winiarnia ma też nowy symbol, prostą literę Z w okręgu, która widoczna jest na drzwiach sali degustacyjnej, na folderach i na etykiecie wina „Butterfly”, skierowanego do młodszej klienteli.

Spożycie grozi wejściem w stan nieważkości

Spożycie grozi wejściem w stan nieważkości

Styl Zillikena jest niepowtarzalny. Wina są „powietrzne”, zwiewne, ale też pełne barw i aromatów. Porównuje się je do motyli i nie bez powodu. Bije z nich niezwykłe światło. Pierwsze próbowane przeze mnie wytrawne rieslingi były doskonałe, ale jeszcze nie zapowiadały pełni emocji, których dostarczyły wina słodsze. Kwiatowe aromaty w zapachu, w ustach kamienna mineralność i kwasowość raczej w stylu Rheingau niż Mozeli. Kiedy do kieliszków trafiły wina z większą zawartością cukru resztkowego, zaczęły dziać się cuda. Rauch Riesling Kabinett 2012, pełen owoców tropikalnych i finezji stanowił preludium do niesamowitego Rauch Riesling Spätlese 2012, które wytworzyło jakieś własne pole antygrawitacyjne. Ponad 100 gr cukru dźwigało z taką lekkością, jakby było go 30-40 gr. Rauch Riesling Auslese 2011, zdominowane przez aromaty owoców, zarówno mocno dojrzałych jak i wręcz podsuszonych, było kompletnie nieziemskie. A jak opisać Saarburger Rauch Auslese lange Gold-Kapsel z roku 2005? Było kosmiczne, więc postawiłem przy nim cały gwiazdozbiór gwiazdek. I na koniec Saarburger Rauch Auslese 1997, którego nie byłem w stanie opisać. Ani – wybacz niemiecka drogówko – wypluć (na szczęście wszystkie te wina mają bardzo małą zawartość alkoholu – to też element, który nadaje im lekkość).

Szanujące się miasteczko musi mieć swój „Schioss”

Szanujące się miasteczko musi mieć swój „Schioss”

Potrzebowałem krótkiego spaceru nad Saarą, by dojść do siebie.


15
Oct 13

Mozela (część czwarta: Selbach-Oster – siła w precyzji)

Winiarnię Karl Erbes i winiarnię Selbach-Oster sporo łączy i sporo dzieli. Obie mieszczą się nad nadrzecznym bulwarem, obie uprawiają praktycznie wyłącznie rieslinga z najlepszych parceli, wreszcie: są prawie sąsiadami. Dzieli je jednak rzeka, wielkość i pozycja rynkowa. Selbach-Oster, dysponujący aż 21 hektarami doskonałych winnic, jest jak na warunki mozelskie potentatem. Ma ugruntowaną pozycję światową, sporo wina sprzedaje na całym świecie, głównie w USA i Azji, dokąd Johannes Selbach, właściciel firmy, chętnie podróżuje, będąc jednym z najbardziej aktywnych ambasadorów regionu. Poza firmą Selbach-Oster funkcjonuje druga firma, J+H Selbach, która produkuje tanie, bardzo dobre w stosunku do ceny wina ze skupowanych gron. Kupuję je od jakiegoś czasu: to chyba najlepsze rieslingi, jakie można nabyć w Polsce w przedziale 30-40 zł. Skoro przy tym jesteśmy, to Selbach-Oster ma w Polsce nie jednego, ale aż dwóch importerów: 101win.pl (gdzie wina z J+H Selbach oznaczone są błędnie jako Selbach-Oster) i wina.pl.

Barbara Selbach przedstawia winnice Zeltingen

Barbara Selbach przedstawia winnice Zeltingen

Zaparkowałem samochód w Zeltingen-Rachtig i zapukałem do drzwi dość skromnego jak na tak znanego producenta domu. Otworzyła mi Barbara Selbach i natychmiast zaproponowała przejażdżkę po winnicach. Zgodziłem się z największą chęcią, zwłaszcza, że przestało padać, choć niskie chmury nadal przykrywały wierzchołki niektórych wzniesień. Najważniejsze winnice Selbachów mieszczą się w Zeltingen. Są to Zeltingen Schlossberg, Sonnenuhr i Himmelreich, choć mają oni też swoje parcele w Wehlener Sonnenuhr, Graacher Domprobst i Bernkasteler Badstube. Położone są one na trzech wzgórzach za miasteczkiem Zeltingen. Barbara Selbach tłumaczyła cierpliwie granice pomiędzy nimi, ale muszę przyznać, ze nie zapamiętałem wszystkiego, zwłaszcza, że podziały pomiedzy poszczególnymi parcelami zmieniały się w czasie. Generalnie każde wzgórze to inna parcela, ale np. wierzchołek Sonnenuhr to nadal część Schlossberg. Co ciekawe i intrygujące, winnice te, choć słynne i znane od wielu, wielu wieków, nie mają statusu Grosse Lage.

Widok w kierunku Graach. Zanosi się na deszcz.

Widok w kierunku Graach. Zanosi się na deszcz.

W przeciwieństwie do patchworku, jakim było Ürziger Würtzgarten, winnice Zeltingen przeszły reformę i nie są aż tak podzielone na malutkie parcelki należące do odrębnych osób. Widać, że są bardzo zadbane. Wiąże się to z filozofią Selbachów, zakładającą wkładanie maksimum pracy w winnice, zaś minimum pracy w winarni.

Po godzinie wróciliśmy do salki degustacyjnej, gdzie czekała na mnie lista win do spróbowania opatrzona moim nazwiskiem. Wszystko było dobrze zaplanowane i zorganizowane. I takie też są wina Selbach-Oster: niezwykle precyzyjne i trafiające dokładnie w punkt. Nowoczesne, z takim dodatkiem rustykalnej tradycji, które zapewnia im unikatowość i pozwala uniknąć anonimowości.

Po 12 latach kabinett z dobrego rocznika smakuje fantastycznie.

Po 12 latach kabinett z dobrego rocznika smakuje fantastycznie.

Świetne były już podstawowe, wytrawne rieslingi. To po nich najlepiej rozpoznać klasę producenta. Zwłaszcza spodobał mi się morski, ale i ze śliwkową nutą Zeltinger Schlossberg Spätlese troceken * 2012, podobny, ale bardziej skoncentrowany, łupkowy i dłuższy oraz oczywiście słodszy był Zeltinger Sonnenuhr Spätlese * 2008, a prawdziwą bombą owocową okazał się  Zeltinger Sonnenuhr Auslese * 2010, z charakterystyczną dla tego rocznika wysoką kwasowością, wynoszącą 11 gramów, która świetnie kontrapunktowała 130 gramów cukru resztkowego. Spróbowałem też kabinetta z Zeltinger Schlossberg z rocznika 2001. Fantastyczne wino, choć to „tylko” kabinett, o wielkiej elegancji i aromatach zarówno cytrusów, jak i miodu oraz suszonych owoców.

Bajkowe Bernkastel

Bajkowe Bernkastel

Dwie godziny jakie spędziłem u Barbary Selbach szybko minęły. Wsiadłem w samochód i pojechałem do nieodległego Bernkastel, które jest dla najbardziej obleganym przez turystów miasteczkiem tej części doliny Mozeli. Nie bez powodu: składa się praktycznie z samych uroczych domków o białych ścianach zbudowanych z muru pruskiego (za miastem zaś wznosi się najbardziej „kultowa” wśród mozelskich parceli: Bernkasteler Doctor – winom produkowanym tam przypisywano właściwości lecznicze, a o ustalenie jej granic walczono zażarto przed sądami). W co drugim domku: weinstube czyli winiarnia lub przynajmniej sklep z winem. Trafiłem akurat na długi weekend, więc w mieście było dość tłoczno, choć deszcz wrócił i wypłoszył trochę turystów z uliczek miasteczka.

Najwęższa winiarnia świata?

Najwęższa winiarnia świata?

Jak wspominałem już poprzednio, winiarzy nad Mozelą jest mnóstwo. Przy tyle lat uprawy winorośli (zapoczątkowali ją już Rzymianie), prawie każdy odziedziczył jakiś większy lub mniejszy spłachetek winnicy. Na świecie kojarzeni są liderzy, najbardziej znani winiarze. Warto jednak wiedzieć, że to sam wierzchołek piramidy. Za każdym Joh. Jos. Prümem, Markusem Molitorem czy Fritzem Haagiem ciągnie się długi peleton innych producentów, często noszących te same nazwisko (dlatego należy bardzo uważnie czytać etykiety!). Produkują oni wino różnej jakości, często bez ambicji by je eksportować – i nie mówię tu o eksporcie poza Niemcy, ale o eksporcie poza granice własnego miasteczka. Z wielką dbałością urządzone sklepy i winiarnie oferują butelki od zupełnie nieznanych producentów. Zaś ci znani? Cóż, czasem odnoszę wrażenie, że łatwiej o nich w Berlinie czy nawet w Polsce niż nad Mozelą.

Podobno to najlepszy sklep z winem w całej dolinie Mozeli

Podobno to najlepszy sklep z winem w całej dolinie Mozeli

Może trochę przesadzam, ale podczas swojego krótkiego pobytu w Bernkastel tylko jeden sklep oferował pełen asortyment win od najsłynniejszych producentów. Nazwano go Weinhaus Porn (nie pytajcie dlaczego) i mogę go z czystym sumieniem polecić – ceny wyglądają na bardzo zbliżone do cen u winiarzy. Jest połączony z knajpką, wina można więc także spróbować.

Pinot noir z duszą rieslinga

Pinot noir z duszą rieslinga

Snując się ulicami miasteczka (w coraz gęściej padającym deszczu) zaszedłem w końcu do winiarni działającej pod egidą producenta Molitor-Rosenkreuz, którego również kojarzyłem z wystawy win naturalnych w Rzymie (i który podobnie jak Karl Erbes, jak udało mi się dowiedzieć, nie stosuje żadnych niekonwencjonalnych, „naturalnych” metod produkcji wina). Ten niewielki producent (5 hektarów) to własność Achima Molitora, brata bardziej sławnego Markusa. Z winami obu Molitorów mam pewien kłopot: nie jestem fanem tzw. sponti: siarkowego, redukcyjnego zapachu, jakie mają niektóre mozelskie, młode rieslingi. To cecha pewnych szczepów drożdzy. Akurat wina braci Molitorów często są przytłoczone takim zapachem (u Selbacha-Ostera sponti praktycznie nie występuje). Może już byłem zmęczony całym dniem, ale wina od Molitora-Rosenkreuza nie smakowały mi jakoś szczególnie, choć nie były przecież złe. Nawet na pewno byłem zmęczony: najciekawszy wydał mi się zwinifikowany na biało pinot noir o dobitnej kwasowości i intensywnej łupkowej mineralności. Gdyby mi podano go w ciemno, mógłbym pomylić go z rieslingiem. A pomylenie rieslinga z pinot noir to chyba mistrzostwo świata.


13
Oct 13

Mozela (część trzecia: Karl Erbes – tajemniczy ogród)

Teoretycznie powinieniem program pierwszej wizyty nad Mozelą skomponować wyłącznie z odwiedzin u najbardziej znanych winiarzy, obsypywanych gwiazdkami przez przewodniki i wychwalanych przez krytyków. Skąd więc wziąłem się u Karla Erbesa, o którym – przynajmniej w Polsce – mało kto słyszał? Przypadkiem. Na wystawie win naturalnych w Rzymie spróbowałem jednego czy dwóch jego rieslingów z Ürziger Würtzgarten i ich niezwykła „ciemna”, korzenna nuta utkwiła mi w pamięci. Jak się potem okazało, przyczyny dla których akurat wina Karla Erbesa, który nie stosuje metod eko/bio/biodynamo i nie odżegnuje się od używania siarki (choć stara się nie przesadzać) trafiły na tą imprezę, nie są jasne.

Ürzig widziane z góry

Ürzig widziane z góry

W każdym razie w sobotni ranek wsiadłem w samochód i pojechałem do Ürzig, leżącego zaledwie 6 kilometrów od Kröv, gdzie mieszkałem. W planach była wycieczka rowerowa, ale siąpiący deszcz ułatwił decyzję o wyborze samochodu. Na tym odcinku winnice były bardzo strome, a na zboczach pokazywały się fragmenty litych skał.

Knut Aufermann z magnum rieslinga Karla Erbesa

Knut Aufermann z magnum rieslinga Karla Erbesa

Jak mnie uprzedzono, Stefan Erbes, obecny właściciel posiadłości i „kellermeister” (tak określa się w Niemczech osoby, odpowiedzialne za powstawanie win), nie mówi po angielsku. W czasie degustacji zastąpił go Knut Aufermann. Z zawodu jest artystą muzykiem, ale przy okazji pomaga Stefanowi w kontaktach z importerami i gośćmi z zagranicy. Okazał się doskonałym przewodnikiem.

Kluczowym punktem mojego spotkania z winami Karla Erbesa był spacer po winnicach. Spróbowaliśmy kilkunastu win, wytrawnych i półwytrawnych, gdy Knut zaproponował:
– Przejdźmy się. Uwielbiam to miejsce i za każdym razem, kiedy tylko to możliwe, staram się iść na przechadzkę.

„Mury miejskie” Ürzig

„Mury miejskie” Ürzig

– Nie przeszkadza ci, że pada? – upewniłem się. – Skądże – odparł Knut i po chwili byliśmy już na zewnątrz. Perspektywa wąskiej uliczki miasteczka zamykała się ścianą: stromym zboczem, porośniętym równymi rzędami winorośli. To Ürziger Würtzgarten, czyli w wolnym tłumaczeniu „ogród z przyprawami”, jedna z najsłynniejszych mozelskich parceli. Jak prawie wszędzie nad Mozelą, gleba jest tu łupkowa, ale w Ürziger Würtzgarten znajdziemy też domieszkę skał wulkanicznych. To one – jak twierdzą miejscowi — nadają tutejszym rieslingom niezwykłe aromaty goździków, gałki muszkatołowej i kardamonu.

Słynne mozelskie różnokolorowe łupki.

Słynne mozelskie różnokolorowe łupki.

Byłem w sercu tradycyjnej Mozeli. W miejscu najbardziej mozelskim z mozelskich. Prawie 100 procent winorośli rośnie tu nadal bez podkładek. Parcela nie przeszła refomy, polegającej na łączeniu działek należących do tych samych właścicieli. Oznacza to, że do jednego właściciela może należeć kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt mikroparecelek. Jak małych? Zdarzało się, że tabliczka z nazwiskiem właściciela wisiała przy pojedynczym rzędzie krzewów, co więcej, nie oznaczało to, że wszystkie krzewy aż do góry zbocza należą do jednej osoby, czasem w połowie jego wysokości rządek zmieniał właściciela.

Jeden rząd krzewów, dwóch właścicieli

Jeden rząd krzewów, dwóch właścicieli

Oczywiście, że wygodniej dla plantatorów byłoby by mieć wszystkie krzewy skupione w jedną, czy maksymalnie kilka działek. Ale przeprowadzenie takiej reformy nie jest łatwe. Miejscowi od stuleci wiedzą, który fragment Ürziger Würtzgarten jest lepszy, a który gorszy i nie chcę się wymieniać. Dzielą działki na coraz mniejsze. Rozwiązali nawet problem tych parcelek, na których rośnie nieparzysta liczba rzędów. Jak podzielić na przykład trzy rzędy winorośli? Jeden właściciel dostaje jeden skrajny rządek, drugi dostaje drugi skrajny a środkowy dzieli się na pół. Ale nie w połowie! Mogłoby być to niesprawiedliwe, górna część może dawać bardziej dojrzałe owoce niż dolna lub na odwrót. Sprytni Mozelczycy znaleźli rozwiązanie: środkowy rząd ma dwóch właścicieli, jeden z nich otrzymuje parzyste, a drugi nieparzyste krzewy.

W tle miasteczko Erden

W tle miasteczko Erden

Jest jasne, że w tej sytuacji uprawa bio czy eko jest trochę mrzonką. Można nie spryskiwać swoich krzewów, ale gdy cała działka ma 5 metrów szerokości, mija się to z celem. W każdym razie i pod tym względem jest pewien postęp. Używa się więcej feromonów, mniej pestycydów, a i w procesie produkcji wina poziom siarki stara się ograniczać.

Knut pokazuje mi Kranklay: najlepszy fragment Ürziger Wurtzgarden

Knut pokazuje mi Kranklay: najlepszy fragment Ürziger Wurtzgarden

Karl Erbes dysponuje 5 hektarami, położonymi w całości w najlepszych parcelach: Ürziger Würtzgarten (4 hektary) i Erdener Treppchen (1 hektar). W Ürziger Würtzgarten wyróżnił jeszcze fragment nazwany „Kranklay”: wklęsły, stromy fragment zbocza, stanowiący rodzaj płytkiej doliny, osłoniętej od wiatru. Wina pochodzące z tego miejsca butelkowane są oddzielne. Do oddzielnych butelek trafiają też rieslingi ze słynnej parceli Erdener Prälat, stanowiącej fragment Erdener Treppchen. Karl Erbes to jeden z 4 producentów, którzy mają tam swoje działki. Wina z Erdener Prälat, ozdobione specjalną etykietą, kosztują prawie dwa razy więcej niż porównywalne wina z innych części Erdener Treppchen, co nie do końca znajduje uzasadnienie w ich jakości.

Etykiety z parceli Erdner Prälat różnią się od pozostałych. Ceny tych win również.

Etykiety z parceli Erdener Prälat różnią się od pozostałych. Ceny tych win również.

Erbes tradycyjnie podchodzi do produkcji wina. Wie dobrze, że na stromych zboczach parcelka parcelce nierówna, a każde grono różni się od pozostałych. Nie przejmując się względami marketingowymi, wypuszcza każdego roku kilkadziesiąt etykiet win. Przykładowo w 2012 na rynku znalazło się 7 różnych auslese, oznaczonych różną liczbą gwiazdek. Gwiazki wskazują na koncentrację wina. Kiedyś oznaczano nimi po prostu kolejne zbiory coraz dojrzalszych gron (na ogół dokonywane na innych parcelach), teraz często im więcej gwiazdek, tym więcej botrytisu. Do tego dochodzą jeszcze wina „Goldenekapsel” – najsłodsze, często nawet w przypadku auslese butelkowane w półbutelkach. A przecież poza auslese są jeszcze kabinetty (półwytrawne i wytrawne), spätlese (też o różnych poziomach cukru resztkowego), a gdy pogoda sprzyja – a ostatnio sprzyjała – także beerenauslese i trockenbeerenauslese oraz eisweiny. Dołóżmy do tego wina, która leżakowały 11 miesięcy na osadzie – to specjalna linia spätlese, oddzielne butelkowanie win z parceli Kranklay i Erdener Prälat… jest co degustować.

„Tylko” dwa beerenauslese, po jednym z każdej winnicy. Ale za to auslese i spätlese... kilkanaście.

„Tylko” dwa beerenauslese, po jednym z każdej winnicy. Ale za to auslese i spätlese… kilkanaście.

Dlatego dłuższy spacer ścieżką w poprzek zbocza Wurzgarten dobrze nam zrobił, choć widoki byłyby pewnie lepsze, gdyby świeciło słońce. Potem wróciliśmy, spróbowaliśmy win słodkich. Nie będę wam opisywał, które wino wydało mi się lepsze, a które gorsze – informacja, że trzygwiazdkowe auslese z 2011 smakowało bardziej niż dwugwiazdkowe z 2012 nie wiele tu wniesie – wina te i tak są w Polsce niedostępne* Karl Erbes robi jednak wyraźne postępy. Zdobywa kolejne „grona” Gault-Millau (obecnie ma już trzy), a wina regularnie osiągaja 90 punktów. Podobnie w internetowym newsletterze Mosel Fine Wines, wina te sa dość regularnie oceniane i często zdarza im się osiągnąć wysokie oceny. Wtóruje im przewodnik Eichelmanna. To jeszcze nie jest liga Fritza Haaga czy Joh. Jos. Prüma, wielkość produkcji nie pozwala na konkurowanie z Dr. Loosenem, ale Karl Erbes wyraźnie oderwał się od zakakująco licznego peletonu (winiarnia jest w co drugim domu w Ürzig).

* Aktualizacja: jak mnie poinformowano, wina od Karla Erbesa sprowadza do Polski importer Wine Passion (także starsze roczniki)

Rarytasy!

Rarytasy!

Co zszokowało mnie najbardziej, to ceny starszych win. W pokoju degustacyjnym stały skrzynki z butelkami. Pierwsza z brzega, butelka, Erdener Treppchen Spätlese, 1987… €9,00 (w cenniku, który dostałem, jeszcze pół euro taniej). Patrzę dalej: Ürziger Würtzgarten Auslese ** 1994 lub 1995 €11,50. I tak dalej… Spojrzałem na Knuta, a ten napotkawszy mój wzrok odparł tylko: „Yeah, ridiculous prices!”. To nie jest wyjątek nad Mozelą. Ceny win rosną powoli rok po roku, ale potem często starsze wina sprzedawane są w tych cenach, w których były wypuszczone na rynek – no chyba, że spadnie na nie deszcz nagród. Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że w przypadku producenta takiego jak Karl Erbes, starsze wina ze słabszych roczników mogą nie dorównywać jakością winom z ostatnich lat. Knut zapewniał mnie jednak, że większość z tych win jest w doskonałej kondycji.

Obecny właściciel, Stefen Erbes, pojawił się pod koniec naszej degustacji. Pogadaliśmy chwilę (przez tłumacza), pożegnaliśmy, a potem opuściłem Ürzig i udałem się na drugi brzeg rzeki.